Wtajemniczeni wiedzą, ci mniej wtajemniczeni właśnie się dowiadują: od września mieszkam za południową granicą Rzeczpospolitej, konkretnie rzecz biorąc w stolicy Morawy. Żyje się tu przyjemnie, dużo wolniej niż w Polsce. Dość ciekawą opinię mamy u naszych południowych sąsiadów. Jesteśmy miłym, katolickim narodem, który jest może trochę za bardzo zapatrzony w siebie. Chciałbym jednak napisać troszkę o nawykach żywieniowych Czechów, które z każdą chwilą wydają mi się coraz bardziej przerażające.
Pierwszym szokiem kulinarnym było dla mnie odkrycie, że piwo w Czeskiej Republice jest tańsze od wody. Butelkę niezłego piwa1 dostanie się za 7 koron, plus 3 korony kaucji. Pół litra wody mineralnej kosztuje około 11 koron.
Drugim ciekawym odkryciem było dla mnie dowiadywanie się, że tutaj poznaje się ludzi poprzez wypicie z nimi przynajmniej jednego kieliszka zelenej, która to jest chyba najbardziej obrzydliwym napojem spirytusowym jakiego można próbować.
Później okazało się, że tutaj mało kto je takie ilości mięsa, jakie udaje nam się konsumować w Polsce. Gdy pójdzie się do restauracji, można liczyć na malutki kawałeczek mięska okraszony ogromną ilością sosu oraz oczywiście wszechobecnymi knedlikami. W końcu dowiedziałem się, dlaczego tak jest: Mięso jest tutaj koszmarnie drogie w porównaniu do Polski. I nie oszukujmy się, medalu ‘Złota jakość’ też by raczej nie dostało.
Kolejną sprawą są sałatki serwowane w tutejszych restauracjach. Składają się one głównie2 z białej kiszonej kapusty, która została zasmażona ponad tydzień temu. Delicje.
Jednocześnie, w sklepach spokojnie można znaleźć naprawdę zdrowe jedzenie, kilka rodzajów sałaty, paprykę, pomidory, siedemnaście rodzajów ryb, które co prawda są drogie, ale są. Nikt jednak tego nie kupuje, wszyscy żywią się ogromną ilością węglowodanów pochodzących z piwa i rohlików, ewentualnie przegryzanych parówką. Jestem ciekaw, jak wpływa to na przeciętną długość życia w tym kraju. Nie spodziewałbym się jednak cudów. Dieta piwna może i sprawia, że czeskie kobiety są piękniejsze od polskich, ale nie jest dobrym prognostykiem długiego życia.
Trochę trudno mi się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Rzadko staram się jadać na studenckiej stołówce, która jest creme de la creme niezdrowego żarcia. Jednak, jakoś żywić tutaj się trzeba. Boże błogosław globalizację i sklepy pełne jedzenia z wszystkich zakątków świata.
Pierwszym szokiem kulinarnym było dla mnie odkrycie, że piwo w Czeskiej Republice jest tańsze od wody. Butelkę niezłego piwa1 dostanie się za 7 koron, plus 3 korony kaucji. Pół litra wody mineralnej kosztuje około 11 koron.
Drugim ciekawym odkryciem było dla mnie dowiadywanie się, że tutaj poznaje się ludzi poprzez wypicie z nimi przynajmniej jednego kieliszka zelenej, która to jest chyba najbardziej obrzydliwym napojem spirytusowym jakiego można próbować.
Później okazało się, że tutaj mało kto je takie ilości mięsa, jakie udaje nam się konsumować w Polsce. Gdy pójdzie się do restauracji, można liczyć na malutki kawałeczek mięska okraszony ogromną ilością sosu oraz oczywiście wszechobecnymi knedlikami. W końcu dowiedziałem się, dlaczego tak jest: Mięso jest tutaj koszmarnie drogie w porównaniu do Polski. I nie oszukujmy się, medalu ‘Złota jakość’ też by raczej nie dostało.
Kolejną sprawą są sałatki serwowane w tutejszych restauracjach. Składają się one głównie2 z białej kiszonej kapusty, która została zasmażona ponad tydzień temu. Delicje.
Jednocześnie, w sklepach spokojnie można znaleźć naprawdę zdrowe jedzenie, kilka rodzajów sałaty, paprykę, pomidory, siedemnaście rodzajów ryb, które co prawda są drogie, ale są. Nikt jednak tego nie kupuje, wszyscy żywią się ogromną ilością węglowodanów pochodzących z piwa i rohlików, ewentualnie przegryzanych parówką. Jestem ciekaw, jak wpływa to na przeciętną długość życia w tym kraju. Nie spodziewałbym się jednak cudów. Dieta piwna może i sprawia, że czeskie kobiety są piękniejsze od polskich, ale nie jest dobrym prognostykiem długiego życia.
Trochę trudno mi się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Rzadko staram się jadać na studenckiej stołówce, która jest creme de la creme niezdrowego żarcia. Jednak, jakoś żywić tutaj się trzeba. Boże błogosław globalizację i sklepy pełne jedzenia z wszystkich zakątków świata.
Jak zacząć pisać bez kończenia poprzednich projektów?
Jakiś czas po tym, jak Rootnode okazało się, że straciłem praktycznie wszystkie moje projekty – nie tylko jakże ciekawe blogi, ale także zabawki marki Django i Ruby on Rails. Malowniczego koziołka fiknęła też hostowana przeze mnie1 strona koła naukowego, za którą najbardziej mi się dostało po uszach (W sumie to jedyna rzecz, której zanik został przez internets zauważony).
Sytuacja jednak zrobiła się na tyle smutna, że zdałem sobie sprawę, że posiadam w swoim portofolio godnym najlepszych giełdowych inwestorów kilka domen, z których praktycznie rzecz biorąc nie korzystam. Wydaję na nie pieniądze, bo lubię posiadać, ale żebym zrobił z nich jakiś konstruktywny użytek to już niekoniecznie. Jak wiadomo z kreskówek okresu dzieciństwa, włożenie sobie podręcznika pod poduszkę gwarantuje sukces na jutrzejszym teście z chemii. Ja tylko starałem się rozszerzyć działanie tej prawidłowości na erę web2.0 – samo posiadanie domeny o odpowiedniej nazwie gwarantuje ciągły dopływ weny i umiejętności pisarskich.
Jednakowoż, rzeczywistość, niezależnie od ilości powtarzanych zaklęć i wykupionych domen nie chciała zmienić swojego stosunku do mojej teorii – abonamenty opłacałem, ale z żadnej z danych stron nie korzystałem2. Awaria systemu plików na Rootnode okazała się świetną wymówką do przejrzenia własnego portfolio domenowego i podjęciu męskiej decyzji o zachowaniu tylko tej, na której hostowany jest ów pamiętniczek. Reszta, gdy wygaśnie, stanie się łupem dla następnego domorosłego entuzjasty internetu.
Ze swojej strony, właściwie to tylko sam dla siebie, obiecuję sobie i zmuszam się do pisania chociaż 3 tekstów w tygodniu i publikowania ich tutaj. Nawet sobie odpowiedni wpis do crontaba już stworzyłem. Przynajmniej będzie we mnie budził wyrzuty sumienia.
Sytuacja jednak zrobiła się na tyle smutna, że zdałem sobie sprawę, że posiadam w swoim portofolio godnym najlepszych giełdowych inwestorów kilka domen, z których praktycznie rzecz biorąc nie korzystam. Wydaję na nie pieniądze, bo lubię posiadać, ale żebym zrobił z nich jakiś konstruktywny użytek to już niekoniecznie. Jak wiadomo z kreskówek okresu dzieciństwa, włożenie sobie podręcznika pod poduszkę gwarantuje sukces na jutrzejszym teście z chemii. Ja tylko starałem się rozszerzyć działanie tej prawidłowości na erę web2.0 – samo posiadanie domeny o odpowiedniej nazwie gwarantuje ciągły dopływ weny i umiejętności pisarskich.
Jednakowoż, rzeczywistość, niezależnie od ilości powtarzanych zaklęć i wykupionych domen nie chciała zmienić swojego stosunku do mojej teorii – abonamenty opłacałem, ale z żadnej z danych stron nie korzystałem2. Awaria systemu plików na Rootnode okazała się świetną wymówką do przejrzenia własnego portfolio domenowego i podjęciu męskiej decyzji o zachowaniu tylko tej, na której hostowany jest ów pamiętniczek. Reszta, gdy wygaśnie, stanie się łupem dla następnego domorosłego entuzjasty internetu.
Ze swojej strony, właściwie to tylko sam dla siebie, obiecuję sobie i zmuszam się do pisania chociaż 3 tekstów w tygodniu i publikowania ich tutaj. Nawet sobie odpowiedni wpis do crontaba już stworzyłem. Przynajmniej będzie we mnie budził wyrzuty sumienia.