List bez znaczka.

Disclaimer: Post ten jest zrzędzeniem z kategorii listów, których nigdy nie wyślę, bo i do kogo? Piszę go więc, mając nadzieję, że ktokolwiek prócz mnie go przeczyta. W sumie ciekawe, czy tak kiedykolwiek się stanie.

Drogi…

Właściwie, nie wiem od czego zacząć, więc zacznę od tego, co męczy mnie najbardziej i morduje mnie co rano. Przestałem odczuwać radość z codziennych przyzwyczajeń, rutyn i zachowań. Na myśl o tym, że każdego następnego dnia będę wstawał z łóżka, zaspanym wzrokiem szukał wyjścia z pokoju i chwiejnym krokiem kierował się w kierunku łazienki boję kłaść się spać. Rutyna jest zawsze ta sama – wstaję z łóżka, kieruję się do łazienki, korzystam z klozetu, spoglądam w lustro, myję dłonie, odklejam górną wargę od dolnej, wkładam do ust szczoteczkę do zębów wraz z nałożoną nań pastą i powoli zaczynam poruszać dłonią, starając się zmyć z zębów nieświeży oddech i zaschnięte kawałki śliny. Cały czas oglądam swoją twarz w lustrze, ale staram się nie patrzeć w oczy. Później wskakuję w świeżą bieliznę i w miarę możliwości świeże ubrania, zakładam torbę na ramię (z uprzednio wieczorem przygotowanym oprzyrządowaniem), wkładam słuchawki do uszu i wyruszam z domu. W stronę wydziału, na którym się studiuje, wrocławskiego rynku czy po prostu po coś świeżego na śniadanie. Załatwiam co mam załatwić, po drodze wykonuję parę telefonów, paru ludzi do mnie dzwoni. Odbieram parę smsów, parę też sam napiszę. Wracam do domu. Robię sobie obiad, jest godzina osiemnasta czy siedemnasta. Siadam przed komputerem, ewentualnie rozmawiam z tymi, z którymi mieszkam. Chociaż ostatnio zdarza mi się to coraz rzadziej. Siedzę do północy, do pierwszej w nocy. Słucham muzyki, czytam artykuły które mnie nie bardzo interesują, przeglądam blogosferę.  Biorę prysznic i pakuję torbę na następny dzień. Kładę się spać. Codziennie kierat wygląda tak samo. Zaczynam się tego wstydzić, zaczynam się tym brzydzić.

Po drodze nie ma kobiety, która mogłaby ukoić, nadać temu wszystkiemu trochę ciepła. Zamiast niej są ludzie, którzy czegoś ode mnie chcą. A to, żebym im zaniósł jakieś pismo, a to żebym pomógł w jakimś zadaniu. Jakkolwiek, nie jest to złe, ale w pewnym momencie zaczynam odczuwać zmęczenie materiału. Co raz częściej już mi się nie chce na to wszystko patrzeć. Mam ochotę pierdolnąć tym wszystkim w cholerę jak babcia talerzem gdy dziadek kolejny raz wrócił do domu bez wypłaty, ale za to na solidnej bańce. Z tym, że nie mam jak, nie mam dla czego tego wszystkiego rzucić. Nawet w razie czego nie mam nikogo, kto mógłby mnie przenocować gdybym nie mógł wrócić do domu. Wszystko więc znów rozbija się o potrzebę bycia z kimś. I tak oto wracamy do punktu wyjścia.

Dochodzę do wniosku, że poszukiwania sensu życia są równie potrzebne jak sraczka na przysiędze w wojsku. Zwłaszcza z perspektywy filozoficznej. Cóż z tego, że wiem co to monada i w jaki sposób można się spierać o uniwersalia? Nie sprawia to, że w jakimkolwiek stopniu zachowuję się wobec ludzi lepiej czy mądrzej. Jestem takim samym zagubionym facetem, jak przedtem. Różnica jest jedna – używam bardziej wysublimowanego słownictwa na określenie tych samych spraw. Co to daje? Nie wiem, może plus pięć do podrywu, zwłaszcza gdy Twoim targetem są wieszaki na stare, powyciągane swetry spoglądające na Ciebie zza książki w uczelnianej bibliotece? Chociaż z drugiej strony, jakież to fajne. Pieprzysz głupoty, udajesz że rozumiesz dlaczego życie wygląda tak a nie inaczej, a kobiety do Ciebie lgną. Żyć, nie umierać. Prawda jest jednak taka, że choćbyś przeczytał miliard sto tysięcy książek o tym, co to znaczy być i o tym co tak naprawdę w tym nie wartym pięciu groszy świecie istnieje, nie posuniesz się w zrozumieniu nawet o centymetr. Bo i w którą stronę?

Nadzieja. Każdy z nas ma na coś nadzieję. Jeden myśli o zostaniu sławnym i bogatym, inny chce mieć wspaniały samochód, kolejny kobietę a jeszcze inny święty spokój. Problemem jest tylko to, że nasze nadzieje mają to do siebie, że im bardziej ich pragniemy, tym bardziej pokazujemy je na zewnątrz. A im bardziej pokazujemy je na zewnątrz, tym świat chętniej zamiast pomóc nam w dopełnieniu swych nadziei kopie nas po jajcach. Pozwijamy się trochę, pochowamy  nasze nadzieje głęboko. Ale gdy tylko przestanie boleć, znów wywalimy je na wierzch, by znów mógł nas ktoś po nich kopać.

W całym życiu, zostają nam trzy rzeczy: frustracja, ironia i ucieczka w rozpasanie seksualne. Jakkolwiek ostatnie wygląda na kuszące, wypadałoby znaleźć jeszcze kogoś, kto będzie chciał z Tobą dzielić tę pasję. No, chyba, że stary, biblijny Onan jest dla Ciebie wzorem i autorytetem. Jednakże przypominam, że skończył dość marnie.

Komentarze (2)

  1. Kate

    Tak, skąd ja znam taki tryb życia… z dnia na dzień. No, ale tak na pocieszenie to zawsze może być coś gorszego od rutyny, np. złośliwość rzeczy marwych: gdy ucieknie ostatni autobus, ochlapie samochód, bądź bliskie spotkanie z rottweilerem… etc, etc…

    18 lut 2009 o 23:38
  2. sympatia

    Stronka bardzo interesujaca dla mnie, dodalem do ulubionych, mysle ze bede tu zagladal czesciej

    3 sie 2009 o 22:37

Zostaw komentarz

Twojego e-maila nigdy nikt nie zobaczy. Pola oznaczane gwiazdką * należy wypełnić obowiązkowo.