Jakiś czas po tym, jak Rootnode okazało się, że straciłem praktycznie wszystkie moje projekty – nie tylko jakże ciekawe blogi, ale także zabawki marki Django i Ruby on Rails. Malowniczego koziołka fiknęła też hostowana przeze mnie1 strona koła naukowego, za którą najbardziej mi się dostało po uszach (W sumie to jedyna rzecz, której zanik został przez internets zauważony).
Sytuacja jednak zrobiła się na tyle smutna, że zdałem sobie sprawę, że posiadam w swoim portofolio godnym najlepszych giełdowych inwestorów kilka domen, z których praktycznie rzecz biorąc nie korzystam. Wydaję na nie pieniądze, bo lubię posiadać, ale żebym zrobił z nich jakiś konstruktywny użytek to już niekoniecznie. Jak wiadomo z kreskówek okresu dzieciństwa, włożenie sobie podręcznika pod poduszkę gwarantuje sukces na jutrzejszym teście z chemii. Ja tylko starałem się rozszerzyć działanie tej prawidłowości na erę web2.0 – samo posiadanie domeny o odpowiedniej nazwie gwarantuje ciągły dopływ weny i umiejętności pisarskich.
Jednakowoż, rzeczywistość, niezależnie od ilości powtarzanych zaklęć i wykupionych domen nie chciała zmienić swojego stosunku do mojej teorii – abonamenty opłacałem, ale z żadnej z danych stron nie korzystałem2. Awaria systemu plików na Rootnode okazała się świetną wymówką do przejrzenia własnego portfolio domenowego i podjęciu męskiej decyzji o zachowaniu tylko tej, na której hostowany jest ów pamiętniczek. Reszta, gdy wygaśnie, stanie się łupem dla następnego domorosłego entuzjasty internetu.
Ze swojej strony, właściwie to tylko sam dla siebie, obiecuję sobie i zmuszam się do pisania chociaż 3 tekstów w tygodniu i publikowania ich tutaj. Nawet sobie odpowiedni wpis do crontaba już stworzyłem. Przynajmniej będzie we mnie budził wyrzuty sumienia.