rxvt-unicode z kartami.

Od jakiegoś czasu używałem rxvt-unicode jako jednego z dwóch moich emulatorów terminala1, jednak nie mogłem nijak go zmusić do obsługi kart i klikalnych linków. Dlatego, do pewnych czynności korzystałem z lxterma, a do innych z urxvt.

Jakiekolwiek zmiany w .Xdefaults nie wpływały w żaden sposób na działanie programu, aż w końcu wpadłem na rozwiązanie rodem z opowieści o Jakubie Wędrowyczu – ordynarne, ale skuteczne. Komendę, którą aktywowałem urxvt zmieniłem na:

urxvt -pe tabbed,matcher,clipboard-osc

Działa, żegnaj lxterminalu.

  1. W poprawny sposób współpracuje on z klawiaturą numeryczną pod USB. []

Uniwersytet beznadziei

Moja Alma Mater tkwi w głębokim średniowieczu. Zanim wyjechałem do Brna, nie widziałem tego, lub też nie chciałem zobaczyć. Teraz jednak trudno mi przeoczyć fakt zupełnego zapuszczenia cywilizacyjnego Uniwersytetu Wrocławskiego.

Mail, którego nie ma.

Na Zachodzie1 normalnym jest, że student posiada uniwersytecki adres email. Do komunikacji z prowadzącymi zajęcia, administracją, a także zewnętrznym światem z pozycji studenta danej uczelni.

We Wrocławiu lat nikt nie potrafi zorganizować systemu, który każdemu studentowi przydzielałby uniwersyteckiego maila, nie ma też „centralnego” systemu zarządzania materiałami tworzonymi na zajęcia. Zamiast prostego we wprowadzeniu jak budowa cepa konta typu numer_indeksu@uni.wroc.pl jesteśmy zmuszeni podawać kadrze prywatne maile i tworzyć zewnętrzne grupy dyskusyjne2.

Studenci przyjeżdzający zza granicy pytają się: Jak można uzyskać uniwersytecki mail? Uśmiechamy się wtedy z zażenowaniem i staramy się wytłumaczyć, że nie ma takiej możliwości. Nie da się, mimo, że technicznie to bardzo proste.

Eduroam z formalnościami.

W Brnie, by połączyć się z dostępnym w praktycznie każdym wydziale bezprzewodowym internetem wystarczył jeden login i jedno hasło. Nikt nie pytał o adres MAC, można było spokojnie łączyć się z komórki czy czytnika ebooków.

We Wrocławiu należy się zarejestrować na konkretnym wydziale, podać adres sprzętowy urządzenia i wypełnić kilka innych formalności. Ograniczeni jesteśmy do własnego wydziału, na innych się nie zarejestrujemy, bo nie.

Całodobowa pracownia komputerowa.

Taka instytucja istnieje w Brnie. Studenci mogą przyjść o dowolnej porze dnia i nocy i skorzystać z komputerów (około dwustu) do celów związanych z uniwersytetem. Napisać pracę, przeczytać czy wydrukować teksty dostępne dla uczestników danego kursu. Każdy użytkownik posiada własny katalog z ustawieniami i dokumentami na sieciowym systemie plików, więc zupełnie nieistotne jest to, czy korzystamy z komputera numer 5 czy 147, nasze ustawienia zawsze pozostają takie same. Mamy dostęp do Latexa, Firefoxa z własnymi dodatkami czy SPSSa.

W moim instytucie pracownia komputerowa istnieje, a jakże. Można z niej korzystać3, jeżeli akurat nie odbywają się w niej zajęcia, co zdarza się często. Wszyscy użytkownicy korzystają z tego samego profilu, na pulpitach panuje twórczy bajzel. Kiedy dobrze się poszuka, znajdzie się zapamiętane hasła innych użytkowników do gmaila czy uniwersyteckiego biura współpracy międzynarodowej. Delikatnie mówiąc, strach cokolwiek robić w takim środowisku.

O całodobowej pracowni nie ma co marzyć. Wiadomo przecież, że student to bydle, przyjdzie tam chlać piwsko z kolegami i grać w League of Legends.

Prostota kontra beton.

We Wrocławiu wiele rzeczy można by ułatwić, szczególnie na linii student-uczelnia. Jednak, nie ma takiej potrzeby. Jest nam dobrze w naszym bagienku, niech sobie inni mają łatwe rozwiązania, my mamy tradycję. Mamy też dydaktyków, którzy nie przyjmują możliwości używania komputera czy telefonu komórkowego.

  1. A także na Wschodzie czy Południu. []
  2. Google groups jest tutaj właściwie bezkonkurencyjne. []
  3. W godzinach od 10 do 18. []

Czy Arch Linux jest dla mnie?

W ciągu ostatniego pół roku miałem na moim, nieco już leciwym laptopie zainstalowanego Archa, system, który do niedawna reklamował sie sloganem: Simplicity is the ultimate sophistication.

Arch Linux jest dokładnie taki jak ten slogan. Prosty do bólu, czytelny i przeznaczony dla osób, które nie panikują, gdy zamiast okienek widzą terminal. Jednym z rzekomo największych atutów Archa jest jego szybkość. Jak pokazały przeprowadzone dość dawno testy, nie jest to do końca prawda. Część użytkowników Archa nadal upiera się, że jest najszybszy, najszybciej startuje i wykonuje podstawowe operacje, inni dostrzegają w nim inne zalety.

Czytelny rc.conf

Dziecko Judda Vineta ma w sobie coś, co od razu przypadło mi do gustu – czytelny sposób uruchamiania systemów poprzez czytanie konfiguracji z rc.conf1, gdzie sam administrator/użytkownik systemu określa, które daemony warto ładować i w jaki sposób to robić. Jeżeli jest jedna rzecz, którą chciałbym przenieść z Archa do Debiana, to jest to właśnie rc.conf.

Dokumentacja, która nie gryzie.

Jednakże, z mojego punktu widzenia największym atutem Archa jest fakt, że nic w nim nie działa „prosto z pudełka„. Żeby otrzymać system taki, jakiego potrzebujemy2, tak czy inaczej wymagane jest od użytkownika, by zajrzeć do dokumentacji i odpowiednio podrasować pliki konfiguracyjne.

Innym aspektem tej samej sprawy jest wiki, na której znajdziemy wyjaśnienia problemów, które napotkamy nie tylko korzystając z tego systemu. Na przykład, jednym z jej lepszych artykułów jest ten o zsh, który może służyć jako punkt odniesienia dla właściwie każdej dystrybucji Linuksa. Jeżeli szukasz wyjaśnienia działania praktycznie dowolnego *niksowego programu, polecam zacząć właśnie od tej strony.

Aktualizacja, której należy się bać.

Arch jest systemem opartym na zupełnie najnowszych wersjach oprogramowania. Zdarza się, że pakiety to klony świeżych plików udostępnionych na przykład na Githubie. Wiąże się to z dość nieciekawą właściwością tego systemu – o ile jest to fajne w przypadku programów użytkowych, developerskie wersje kernela czy innych ważnych aplikacji systemowych potrafią przyprawić użytkownika o ból głowy.

Aktualizacja tego systemu nie jest sprawą prostą, może się zdarzyć, że coś przestanie działać i trzeba będzie ratować system poprzez single user mode. Dlatego, instalowanie akurat tej dystrybucji Linuksa na serwerze to zagranie z pogranicza hazardu. Z jednej strony, php czy postfix są w najnowszych wersjach, ale bardzo możliwe, że spowoduje to mniejsze lub większe problemy.

Ja i mój Arch.

Rozstaliśmy się w dość nieciekawych okolicznościach, gdy kmod zastąpił module-init-tools, a moja domowa instalacja tego systemu z niewiadomych dla mnie powodów przestała wykrywać partycje. Na szczęście, żadne dane nie zostały utracone, ale ponowne próby zainstalowania tego systemu wciąż wysypywały się w tym samym momencie.

Wróciłem więc do Sida, zainstalowanego od zera. Podczas czasu spędzonego na Archu nauczyłem się nie bać plików z /etc/ i mam teraz system dokładnie taki, jakiego potrzebuję. Jednocześnie stabilny, lekki i dopasowany do mojego sprzętu. No, i Slim zaczął współpracować z ConsoleKit3.

Do Archa nie wracam, chociaż miło go wspominam. Został mi archey i tęsknota za makepkg -s.

  1. Rozwiązanie podpatrzone w systemach z rodziny *BSD. []
  2. I nic więcej, przecież nie ma powodu by instalować aplikację do robienia zdjęć kamerą internetową. []
  3. Workaround wyciągnąłem właśnie z wiki Archa. []

Piekło.

Rootnode reklamuje swoje usługi ‘konta shellowe z piekła rodem’. Ostatnie miesiące spędzone na tamtejszych serwerach kojarzyły mi się jednak dużo bardziej z bezgranicznym chaosem niż potęgą piekieł. Można mówić o dwóch rzeczach: o wyjątkowym pechu Ahesa lub też o ogromnych błędach, które spiętrzone postanowiły wypłynąć w jednym momencie1.

Pad bazy danych, kolejne awarie głownego serwera shellowego stallman2 aż do wycieku danych osobowych klientów znaczyły kolejne miesiące od października 2011. Powoli też budowały we mnie nacisk na migrację gdzieś, gdzie będę miał całe środowisko serwera pod kontrolą, a jedyne problemy na jakie nie będę miał wpływu związane będą z infrastrukturą.

Czarę goryczy przelał cyrk, który rozegrał się w kilka dni po wycieku danych. Wtedy podjąłem decyzję o całkowitej migracji swoich zabawek – najchętniej jak najdalej od projektu Rootnode.

Niczego nie gwarantujemy.

Oczywiście, można powiedzieć, że sam sobie jestem winien – wiedziałem przecież na co jestem narażony korzystając z usług Rootnode. W regulaminie wprost napisane jest, że nikt niczego nie gwarantuje, a przede wszystkim nikt nie gwarantuje 100% uptime hostowanych usług.

Trzeba jednak zauważyć, że zamiast pracy nad udoskonalaniem dostępnych już feature’ów dostawaliśmy kolejne obietnice wspaniałych i wyjątkowych rozwiązań. Doprowadziło to do sytuacji, w której jedynym w miarę płynnie działającym serwisem na Rootnode był serwis torrentowy. Jednak płacić prawie 200 zł rocznie za dostęp do maszyn produkujących warez2 to pewna przesada i trzeba było rozejrzeć się za czymś, gdzie za własne błędy odpowiadał będę tylko ja.

Po kilku tygodniach poszukiwań, przeglądania ofert na webhostingtalk i pytaniu znajomych znalazłem coś, co w zupełności odpowiada moim niewygórowanym potrzebom – odpowiednio mały, a dzięki temu tani VPS. Docelowo szukałem czegoś z FreeBSD, ale ostatecznie zdecydowałem się na OpenVZ z Debianem.

Mogłem jeszcze zdecydować się na przejście do konkurencji, czyli korzystanie z mydevil.net, którzy dziwnym trafem w chwilę po wycieku danych z Rootnode obniżyli ceny3. Ostatecznie jednak, po wykupieniu konta na miesiąc i zajrzeniu do niego dwa razy doszedłem do wniosku, że…

Generyczne rozwiązania są najlepsze.

W środowiskach typu Rootnode stosuje się autorski system do zarządzania możliwościami konta shell. O ile satan jest miłym i przejrzystym narzędziem, o tyle w wypadku jakichkolwiek problemów trzeba odwołać się do plików konfiguracyjnych systemu.

W przypadku konfiguracji serwera wirtualnego czy dedykowanego tego problemu nie ma. Pliki w /etc/ wszędzie wyglądają tak samo. W dodatku, można wszystko skonfigurować z myślą o swoich potrzebach, przez co nie musimy przeładowywać systemu niepotrzebnymi bibliotekami, programami i procesami. Wszystko działa tak, jak sami tego chcemy i tylko wtedy, kiedy tego potrzebujemy.

Pożegnanie z Szatanem.

Mimo wszystko, swój czas na Rootnode wspominał będę miło. Nauczyłem się tam i dowiedziałem wielu rzeczy, o których nie miałbym pojęcia, gdybym korzystał z komercyjnych hostingów all-included. W końcu trzeba jednak wyjść z piaskownicy i zacząć używać narzędzi zamiast plastikowych młoteczków. Dla mnie ten czas nadszedł właśnie teraz.

  1. Tutaj kłania się mr. Murphy i jego wszechobecne prawa. []
  2. Z ograniczoną prędkością łącza. []
  3. Zagranie o subtelności potwornego kopniaka między nogi. []

Gingers are born without souls.

Dziś trafiłem, dzięki uprzejmości mojej wspaniałej koleżanki z Łodzi, na twórczość człowieka o imieniu Ed. Zauroczył mnie od pierwszej chwili.

Ed Sheeran wpisuje się doskonale w estetykę wrażliwca z gitarą i delikatnym głosem, jakich w ostatnich latach trochę nam obrodziło na scenie muzycznej. Wystarczy wspomnieć takie indywidua jak Matt Costa czy John Mayer. Jednak, jest w tych piosenkach coś, co sprawia, że ma się ochotę słuchać kilka razy pod rząd.

Złośliwi powiedzą, że to kot, który mówi w teledyskach.

Jeszcze inni powiedzą, że to obecność Rona Weasleya w innym teledysku.

Szczerze mówiąc, odpowiedzi na to pytanie nie znam. Posłuchać warto. Niezależnie od humoru czy tego, jak wygląda pejzaż za oknem. Zwłaszcza, gdy tak jak ja, ma się w perspektywie wyjazd z miejsca, w którym żyło się tylko pięć miesięcy, ale ma się świadomość tego, że to nigdy więcej się nie powtórzy.

Czesi nie jedzą zdrowo.

Wtajemniczeni wiedzą, ci mniej wtajemniczeni właśnie się dowiadują: od września mieszkam za południową granicą Rzeczpospolitej, konkretnie rzecz biorąc w stolicy Morawy. Żyje się tu przyjemnie, dużo wolniej niż w Polsce. Dość ciekawą opinię mamy u naszych południowych sąsiadów. Jesteśmy miłym, katolickim narodem, który jest może trochę za bardzo zapatrzony w siebie. Chciałbym jednak napisać troszkę o nawykach żywieniowych Czechów, które z każdą chwilą wydają mi się coraz bardziej przerażające.

Pierwszym szokiem kulinarnym było dla mnie odkrycie, że piwo w Czeskiej Republice jest tańsze od wody. Butelkę niezłego piwa1 dostanie się za 7 koron, plus 3 korony kaucji. Pół litra wody mineralnej kosztuje około 11 koron.

Drugim ciekawym odkryciem było dla mnie dowiadywanie się, że tutaj poznaje się ludzi poprzez wypicie z nimi przynajmniej jednego kieliszka zelenej, która to jest chyba najbardziej obrzydliwym napojem spirytusowym jakiego można próbować.

Później okazało się, że tutaj mało kto je takie ilości mięsa, jakie udaje nam się konsumować w Polsce. Gdy pójdzie się do restauracji, można liczyć na malutki kawałeczek mięska okraszony ogromną ilością sosu oraz oczywiście wszechobecnymi knedlikami. W końcu dowiedziałem się, dlaczego tak jest: Mięso jest tutaj koszmarnie drogie w porównaniu do Polski. I nie oszukujmy się, medalu ‘Złota jakość’ też by raczej nie dostało.

Kolejną sprawą są sałatki serwowane w tutejszych restauracjach. Składają się one głównie2 z białej kiszonej kapusty, która została zasmażona ponad tydzień temu. Delicje.

Jednocześnie, w sklepach spokojnie można znaleźć naprawdę zdrowe jedzenie, kilka rodzajów sałaty, paprykę, pomidory, siedemnaście rodzajów ryb, które co prawda są drogie, ale są. Nikt jednak tego nie kupuje, wszyscy żywią się ogromną ilością węglowodanów pochodzących z piwa i rohlików, ewentualnie przegryzanych parówką. Jestem ciekaw, jak wpływa to na przeciętną długość życia w tym kraju. Nie spodziewałbym się jednak cudów. Dieta piwna może i sprawia, że czeskie kobiety są piękniejsze od polskich, ale nie jest dobrym prognostykiem długiego życia.

Trochę trudno mi się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Rzadko staram się jadać na studenckiej stołówce, która jest creme de la creme niezdrowego żarcia. Jednak, jakoś żywić tutaj się trzeba. Boże błogosław globalizację i sklepy pełne jedzenia z wszystkich zakątków świata.

  1. Swoją drogą, by znaleźć złe piwo, należy patrzeć bardzo nisko na półkach w sklepach. []
  2. Właściwie rzecz biorąc, to wyłącznie. []

Jak zacząć pisać bez kończenia poprzednich projektów?

Jakiś czas po tym, jak Rootnode okazało się, że straciłem praktycznie wszystkie moje projekty – nie tylko jakże ciekawe blogi, ale także zabawki marki Django i Ruby on Rails. Malowniczego koziołka fiknęła też hostowana przeze mnie1 strona koła naukowego, za którą najbardziej mi się dostało po uszach (W sumie to jedyna rzecz, której zanik został przez internets zauważony).

Sytuacja jednak zrobiła się na tyle smutna, że zdałem sobie sprawę, że posiadam w swoim portofolio godnym najlepszych giełdowych inwestorów kilka domen, z których praktycznie rzecz biorąc nie korzystam. Wydaję na nie pieniądze, bo lubię posiadać, ale żebym zrobił z nich jakiś konstruktywny użytek to już niekoniecznie. Jak wiadomo z kreskówek okresu dzieciństwa, włożenie sobie podręcznika pod poduszkę gwarantuje sukces na jutrzejszym teście z chemii. Ja tylko starałem się rozszerzyć działanie tej prawidłowości na erę web2.0 – samo posiadanie domeny o odpowiedniej nazwie gwarantuje ciągły dopływ weny i umiejętności pisarskich.

Jednakowoż, rzeczywistość, niezależnie od ilości powtarzanych zaklęć i wykupionych domen nie chciała zmienić swojego stosunku do mojej teorii – abonamenty opłacałem, ale z żadnej z danych stron nie korzystałem2. Awaria systemu plików na Rootnode okazała się świetną wymówką do przejrzenia własnego portfolio domenowego i podjęciu męskiej decyzji o zachowaniu tylko tej, na której hostowany jest ów pamiętniczek. Reszta, gdy wygaśnie, stanie się łupem dla następnego domorosłego entuzjasty internetu.

Ze swojej strony, właściwie to tylko sam dla siebie, obiecuję sobie i zmuszam się do pisania chociaż 3 tekstów w tygodniu i publikowania ich tutaj. Nawet sobie odpowiedni wpis do crontaba już stworzyłem. Przynajmniej będzie we mnie budził wyrzuty sumienia.

  1. Przynajmniej do czasu awarii. []
  2. Gdybym tak robił z opłatą za użytkowanie odbiornika radiowo-telewizyjnego, strzeliłbym sobie w łeb. []