Uniwersytet beznadziei

Moja Alma Mater tkwi w głębokim średniowieczu. Zanim wyjechałem do Brna, nie widziałem tego, lub też nie chciałem zobaczyć. Teraz jednak trudno mi przeoczyć fakt zupełnego zapuszczenia cywilizacyjnego Uniwersytetu Wrocławskiego.

Mail, którego nie ma.

Na Zachodzie1 normalnym jest, że student posiada uniwersytecki adres email. Do komunikacji z prowadzącymi zajęcia, administracją, a także zewnętrznym światem z pozycji studenta danej uczelni.

We Wrocławiu lat nikt nie potrafi zorganizować systemu, który każdemu studentowi przydzielałby uniwersyteckiego maila, nie ma też „centralnego” systemu zarządzania materiałami tworzonymi na zajęcia. Zamiast prostego we wprowadzeniu jak budowa cepa konta typu numer_indeksu@uni.wroc.pl jesteśmy zmuszeni podawać kadrze prywatne maile i tworzyć zewnętrzne grupy dyskusyjne2.

Studenci przyjeżdzający zza granicy pytają się: Jak można uzyskać uniwersytecki mail? Uśmiechamy się wtedy z zażenowaniem i staramy się wytłumaczyć, że nie ma takiej możliwości. Nie da się, mimo, że technicznie to bardzo proste.

Eduroam z formalnościami.

W Brnie, by połączyć się z dostępnym w praktycznie każdym wydziale bezprzewodowym internetem wystarczył jeden login i jedno hasło. Nikt nie pytał o adres MAC, można było spokojnie łączyć się z komórki czy czytnika ebooków.

We Wrocławiu należy się zarejestrować na konkretnym wydziale, podać adres sprzętowy urządzenia i wypełnić kilka innych formalności. Ograniczeni jesteśmy do własnego wydziału, na innych się nie zarejestrujemy, bo nie.

Całodobowa pracownia komputerowa.

Taka instytucja istnieje w Brnie. Studenci mogą przyjść o dowolnej porze dnia i nocy i skorzystać z komputerów (około dwustu) do celów związanych z uniwersytetem. Napisać pracę, przeczytać czy wydrukować teksty dostępne dla uczestników danego kursu. Każdy użytkownik posiada własny katalog z ustawieniami i dokumentami na sieciowym systemie plików, więc zupełnie nieistotne jest to, czy korzystamy z komputera numer 5 czy 147, nasze ustawienia zawsze pozostają takie same. Mamy dostęp do Latexa, Firefoxa z własnymi dodatkami czy SPSSa.

W moim instytucie pracownia komputerowa istnieje, a jakże. Można z niej korzystać3, jeżeli akurat nie odbywają się w niej zajęcia, co zdarza się często. Wszyscy użytkownicy korzystają z tego samego profilu, na pulpitach panuje twórczy bajzel. Kiedy dobrze się poszuka, znajdzie się zapamiętane hasła innych użytkowników do gmaila czy uniwersyteckiego biura współpracy międzynarodowej. Delikatnie mówiąc, strach cokolwiek robić w takim środowisku.

O całodobowej pracowni nie ma co marzyć. Wiadomo przecież, że student to bydle, przyjdzie tam chlać piwsko z kolegami i grać w League of Legends.

Prostota kontra beton.

We Wrocławiu wiele rzeczy można by ułatwić, szczególnie na linii student-uczelnia. Jednak, nie ma takiej potrzeby. Jest nam dobrze w naszym bagienku, niech sobie inni mają łatwe rozwiązania, my mamy tradycję. Mamy też dydaktyków, którzy nie przyjmują możliwości używania komputera czy telefonu komórkowego.

  1. A także na Wschodzie czy Południu. []
  2. Google groups jest tutaj właściwie bezkonkurencyjne. []
  3. W godzinach od 10 do 18. []

Czesi nie jedzą zdrowo.

Wtajemniczeni wiedzą, ci mniej wtajemniczeni właśnie się dowiadują: od września mieszkam za południową granicą Rzeczpospolitej, konkretnie rzecz biorąc w stolicy Morawy. Żyje się tu przyjemnie, dużo wolniej niż w Polsce. Dość ciekawą opinię mamy u naszych południowych sąsiadów. Jesteśmy miłym, katolickim narodem, który jest może trochę za bardzo zapatrzony w siebie. Chciałbym jednak napisać troszkę o nawykach żywieniowych Czechów, które z każdą chwilą wydają mi się coraz bardziej przerażające.

Pierwszym szokiem kulinarnym było dla mnie odkrycie, że piwo w Czeskiej Republice jest tańsze od wody. Butelkę niezłego piwa1 dostanie się za 7 koron, plus 3 korony kaucji. Pół litra wody mineralnej kosztuje około 11 koron.

Drugim ciekawym odkryciem było dla mnie dowiadywanie się, że tutaj poznaje się ludzi poprzez wypicie z nimi przynajmniej jednego kieliszka zelenej, która to jest chyba najbardziej obrzydliwym napojem spirytusowym jakiego można próbować.

Później okazało się, że tutaj mało kto je takie ilości mięsa, jakie udaje nam się konsumować w Polsce. Gdy pójdzie się do restauracji, można liczyć na malutki kawałeczek mięska okraszony ogromną ilością sosu oraz oczywiście wszechobecnymi knedlikami. W końcu dowiedziałem się, dlaczego tak jest: Mięso jest tutaj koszmarnie drogie w porównaniu do Polski. I nie oszukujmy się, medalu ‘Złota jakość’ też by raczej nie dostało.

Kolejną sprawą są sałatki serwowane w tutejszych restauracjach. Składają się one głównie2 z białej kiszonej kapusty, która została zasmażona ponad tydzień temu. Delicje.

Jednocześnie, w sklepach spokojnie można znaleźć naprawdę zdrowe jedzenie, kilka rodzajów sałaty, paprykę, pomidory, siedemnaście rodzajów ryb, które co prawda są drogie, ale są. Nikt jednak tego nie kupuje, wszyscy żywią się ogromną ilością węglowodanów pochodzących z piwa i rohlików, ewentualnie przegryzanych parówką. Jestem ciekaw, jak wpływa to na przeciętną długość życia w tym kraju. Nie spodziewałbym się jednak cudów. Dieta piwna może i sprawia, że czeskie kobiety są piękniejsze od polskich, ale nie jest dobrym prognostykiem długiego życia.

Trochę trudno mi się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Rzadko staram się jadać na studenckiej stołówce, która jest creme de la creme niezdrowego żarcia. Jednak, jakoś żywić tutaj się trzeba. Boże błogosław globalizację i sklepy pełne jedzenia z wszystkich zakątków świata.

  1. Swoją drogą, by znaleźć złe piwo, należy patrzeć bardzo nisko na półkach w sklepach. []
  2. Właściwie rzecz biorąc, to wyłącznie. []

Jak zacząć pisać bez kończenia poprzednich projektów?

Jakiś czas po tym, jak Rootnode okazało się, że straciłem praktycznie wszystkie moje projekty – nie tylko jakże ciekawe blogi, ale także zabawki marki Django i Ruby on Rails. Malowniczego koziołka fiknęła też hostowana przeze mnie1 strona koła naukowego, za którą najbardziej mi się dostało po uszach (W sumie to jedyna rzecz, której zanik został przez internets zauważony).

Sytuacja jednak zrobiła się na tyle smutna, że zdałem sobie sprawę, że posiadam w swoim portofolio godnym najlepszych giełdowych inwestorów kilka domen, z których praktycznie rzecz biorąc nie korzystam. Wydaję na nie pieniądze, bo lubię posiadać, ale żebym zrobił z nich jakiś konstruktywny użytek to już niekoniecznie. Jak wiadomo z kreskówek okresu dzieciństwa, włożenie sobie podręcznika pod poduszkę gwarantuje sukces na jutrzejszym teście z chemii. Ja tylko starałem się rozszerzyć działanie tej prawidłowości na erę web2.0 – samo posiadanie domeny o odpowiedniej nazwie gwarantuje ciągły dopływ weny i umiejętności pisarskich.

Jednakowoż, rzeczywistość, niezależnie od ilości powtarzanych zaklęć i wykupionych domen nie chciała zmienić swojego stosunku do mojej teorii – abonamenty opłacałem, ale z żadnej z danych stron nie korzystałem2. Awaria systemu plików na Rootnode okazała się świetną wymówką do przejrzenia własnego portfolio domenowego i podjęciu męskiej decyzji o zachowaniu tylko tej, na której hostowany jest ów pamiętniczek. Reszta, gdy wygaśnie, stanie się łupem dla następnego domorosłego entuzjasty internetu.

Ze swojej strony, właściwie to tylko sam dla siebie, obiecuję sobie i zmuszam się do pisania chociaż 3 tekstów w tygodniu i publikowania ich tutaj. Nawet sobie odpowiedni wpis do crontaba już stworzyłem. Przynajmniej będzie we mnie budził wyrzuty sumienia.

  1. Przynajmniej do czasu awarii. []
  2. Gdybym tak robił z opłatą za użytkowanie odbiornika radiowo-telewizyjnego, strzeliłbym sobie w łeb. []